Panowie, jutro dzień wydatków.
Teraz tak, czy przeciwniczki amerykanizacji chetnie dostaną słodycz w Walentynki? Diabli wiedzą. Jedno jest pewne,  widziałam i słyszałam dużą tęsknotę za goździkami w Dzień Kobiet. Nawet jeśli nie akceptujemy sztucznych świąt i obcych kultur, ogólne nastroje mocno się udzielają. Więc do dzieła, próbujcie, a co tam.  Na pohybel! Straćcie głowę, jutro święto miłości.

- Ciasno tu…

Cichy damski szept miękko odbił się od plastikowej ściany i poruszył zastałą przestrzeń.

- I ciemno!!!   - inny, wysoki głos odważył się wyrazić emocje głośniej niż poprzedni. Gdy przebrzmiał, znów zapadła cisza… Z powstałego milczenia wyłoniła się kolejna artykulacja, jakby zachęcona przetartym już szlakiem:

- A właściwie, to ile nas jest?


- Czy to ważne, do cholery?!
- rzuciła pierwsza postać – Tak naprawdę każdy jest sam. Swoją drogą… Nietypowa sytuacja, nie uważacie? Mieliśmy wyjść w sobotę, a wożą nas już dwa dni bez celu.
 

Gdyby czekoladki potrafiły myśleć, właśnie stopiłaby się z wysiłku ich wierzchnia otoczka.
 
- Ej! Z jakiej czekolady jesteście??
-  wesoły głosik zawirował w pudełku, nic nie robiąc sobie z nagłej zmiany tematu.

- No wiesz! W takiej chwili chcesz się zaprzyjaźniać?
– w poważnym głosie dało się poznać oburzenie – Lepiej zastanówmy się co się dzieje! Co zrobić!
 
Ciemność w dalszym ciągu szczelnie otaczała każdy dźwięk.
 
- Czekać! Czekać! – któraś z czekoladek poruszyła się tak, aż szelest syntetycznej formy obudził sąsiadkę. W sennym jeszcze głosie dało się usłyszeć nutę pretensji:

- Nie kręć się, bo Ci się nadzienie przeleje.


- Nie mam nadzienia!
- odpaliła czekoladka – wiercipięta.

- Hihhhihh Pusta! Pusta!!
– senny głos wyraźnie się rozruszał.

- A ty za to alkoholiczka!!!! 
– obruszyła się żywiołowa czekoladka.

- Nie alkoholiczka, tylko z nadzieniem adwokatowym!

- Koleżanki! Bez kłótni – dominujący głos przybrał groźną barwę – Sytuacja jest poważna. Siedzimy tu już dwa dni…. Jak mówiłam miałyśmy wyjść w sobotę…
 
- Skąd wiesz, że akurat w sobotę?! – rzuciła wiercipięta.
 
- Myśl! Myśl! Przypomnij sobie co mówiły na taśmie produkcyjnej inne wyroby?
 
- Niech sczeznę, faktycznie, przezywały nas >Walentyny< ale co to znaczy?
 
- Podobno prezes naszej fabryki wymyślił takie święto, by mieć większy zbyt. Podsłuchałam urywki rozmów pakowaczy. I ma to coś wspólnego z wyrażaniem sympatii, ale co ma wspólnego z Walentynami nie wiem. Wtedy też dowiedziałam się o sobocie.

 
- Ale dlaczego nas przezywali? Czy to znaczy, że jesteśmy gorsze? – zapytał niegdyś radosny głosik.
 
- Raczej tak, mamy przecież wyrażać uczucia…

Zapadło krępujące milczenie.
 
- Nic nie rozumiem - rzuciła, spowrotem senna, adwokatowa pralina.
 
- Nie musisz, zachłyśnij się swoim wnętrzem i idź spać dalej
.
 
- Koleżanki, ten dyskurs zmierza do nikąd. Zastanówmy się lepiej, dlaczego nas kupiono i nie dano nikomu? Sytuacja jest niebezpieczna, na razie jest chłodno, ale niedługo nadejdzie upał i przyjdzie nam się niechybnie roztopić na śmierć.
 
- Nie chcę tak umierać! Nie chcę!!! rozhisteryzowała się najbardziej żywiołowa czekoladka.
 
- Więc co zrobimy?
 
- Same się oddamy! Same! - histeria trwała nadal.
 
- Ty masz chyba nadzienie z szaleju! Wiesz komu mamy się oddać? Wiesz?

 
- Byle komu - nieznany dotąd głos rozbrzmiał lodowatym cynizmem. Rozległa się, wręcz, gwałtowna cisza -  pieprzyć to wszystko, co to za różnica komu się oddamy.
 
- Oj Ty tez jesteś pusta
– rzekła główna czekoladka godnie i powoli cedząc słowa  -  a zdawało mi się, że pachniałaś wyśmienitym winogronem… Nie można byle komu!!!
 
- Mi tam już wszystko jedno, mogę rozdać się wszystkim. Po kawałku. Nie umrę tu.. przynajmniej…w samotności rozpatrując przyczynę śmierci.
 
 
 
Nagły ogólny ruch przerwał dysputę…. Ale tylko na moment.
- Jejjjjjjj co za światło! Wyciągają nas??!!!! Dziewczyny trzymajcie się! Wesołej podróży!
 
- Oo kobietaaaa mnie bierzeee, ale ma miękkie wargi…. Tylko dlaczego takie słone???

- Ej to ta sama baba co nas kupiła, widziałam przez szczelinę! Co jest??!!
 
- Może sama sobie okazuje uczucie. Zboczenie takie….

 


 
 
- Witam. Wincenty Żołądek, miło mi panie gościć.

 
- Co się dzieje!!!!?? Co się dzieje?? - Pytały czekoladki, wpadając na siebie jedna po drugiej.
 
- Ano przyznam, że od jakiegoś tygodnia, półtora, bardzo nerwowo się zrobiło, jestem wyjątkowo niespokojny. Wciąż przesyłają mi zmienne dane. Zdaje się, że niedługo powiem dość. Chrzanię takie warunki pracy. Wystosuje porządnego wrzoda, niech góra wie, co o tym myślę.
 
- Wiadomo coś konkretnego?
- zainteresowały się czekoladki.
 
- Taa, jako żołądek mam powiązania z sercem. Zdradziło się, że czekało na coś dzień, dwa i tu dalej nie mam informacji, nie wiem czy nie pękło w nim coś, bo dalsze wiadomości odbieram jedynie elektronicznie z mózgu.
 
- Można je rozkodować?

- Tak - potwierdził Żołądek -  ale to polecenia same. Suche, bez emocji. Ostatnie – >zjeść kupione dla niego czekoladki<.
 
- Dla niego? Znaczy dla kogo? – wybitnie zainteresowała się tematem cyniczna czekoladka.
 
- Boże! Jakie to smutne!!! - załamała głos adwokatowa pralina.
 
- Czemu smutne?? Zżarła nas z łakomstwa lub z niedoboru magnezu. Samo życie.

 
- Jak to!! Nie widzisz morału?? Nasze czekoladowe życie nie miało żadnego celu.
 
- Fakt. Z okazywania uczuć wyjdzie gówno. Dosłownie. Też samo życie.
Pa dziewczyny. Jakbyście miały kiedyś zamiast nadzienia – serce – od razu je zarżnijcie ostrą krawędzią pudełka.