Nie, nie będzie o niebieskich przestworzach ani o wojnie pokojowej.
Program pierwszy. Jedyny. Jedynka. Na początku telewizja nie dawała wyboru, jednak w roku 70. pojawiła się Dwójka – jako kanał niosący radość rozrywki. Potężna zmiana mentalności. Z biegiem czasu pojawił się trzeci, stacje niepubliczne, dziesiętne i setne. Nowe technologie, udogodnienia, olbrzymia możliwość wyboru…
Pytanie zasadnicze. Skąd wiemy, że ten program to właśnie ten, który nam odpowiada. Trenujemy palec w wyciskaniu; tu nudno, tam agresja, gdzie indziej głupota… Nagle, obraz nas wciąga, dźwięk wypełnia głowę i trwamy tak – nie do końca zdając sobie sprawę, że właśnie się zatrzymaliśmy.
Pierwszym impulsem jest ścierpnięta ręka, którą wciąż kierujemy pilota na czujnik, uparcie gotowi do momentalnego odcięcia bodźców.
Unieruchomienie w poszukiwaniu czegoś nowego – może świadczyć o tym, że właśnie znaleźliśmy to, co nas interesuje. Stosunkowo dawno nieużywany palec wysyła zapytanie do mózgu – czy program będzie jeszcze długo trwał? Mózg przeprowadza swoje testy i odsyła impuls zwrotny. Ręka odkłada pilota na bok. Patrzymy na program, ten mówi do nas, zdradza nam tajemnice wszechświata lub budowę pochwy owcy. Co kto lubi. Sielanka.

Teraz tak, w relacjach międzyludzkich też trzymamy pilota w ręku. Nagła przerwa w filmie, zbyt nerwowa reklama tamponów? Przerzucamy się na rozmowę na innym kanale, zbyt dużo polityki, ale gdzie indziej widać humorystyczne show bez słów. Hopsa.
Kończy się reklama, wracamy do filmu. O ile wyczujemy moment, o ile nie zapomnimy. Nawet, jeśli wartościowe dzieło osiadło w pamięci i woła nas – zwyczajnie pod natłokiem nowych wrażeń pozostajemy gdzie indziej. Obrzydliwie duża możliwość wyboru bez ruszania tyłka.
Ot piekielne dobrodziejstwo cywilizacji.

Dobra, do czego zmierzam. Skąd wiemy, że ta czy ten, to właśnie ta/ten, skąd wiemy, że nie chcemy już zmieniać partnera?
Psyche? A może najpierw soma daje nam znać? Co nam cierpnie? Czego długo nie używamy? Co odkładamy na bok? W którym momencie, czym zdefiniowanym, rodzi się impuls. Na dworcu, na koncercie, w plackarni…? Czy to wybuch szczęścia powoduje, że chcemy już zawsze przeżywać go tak intensywnie czyli – podwójnie, w tej właśnie parze? Może niepojęty wybuch rozkoszy? A co z nagłym przejawem zazdrości, który ciągnie za sobą identyczne potrzeby? Co z lękiem, który jest silniejszy w zachłanności od samego szczęścia?
A gdzie – zwyczajnie – w tym wszystkim jest wybuch miłości? Czy ma swą siłę w erupcji, tylko na początku, w owej tajemniczej czwartej sekundzie? Czy potem już tylko chodzimy schematycznie po lutowanych ścieżkach?

Czy cierpnie nam sama potrzeba zmian? Czy można choć trochę przybliżyć się do wzoru na stałość – trzymając wciąż pilota w ręku?