Generalnie babeczki są jak
kierowcy, jeden czuje się bezpieczenie jadąc za wielkim Tirem, drugi musi
wyprzedzić ogromny ciągnik i odjechac jak najdalej. Są kierowcy, którzy nic nie
widzą poza końcem swojej maski a i są tacy, którzy zamiast patrzeć przed siebie,
zaglądają w oczy innym prowadzącym.
Relacje są takie same. Kierowca, który długo nie zmienia auta, gdy w końcu kupi
następne – znów go pokocha i ciężko mu będzie się z nim rozstać. I nie ma tu
nic wspólnego z wydolnością finansową. Inny z kolei, szukając to lepszych to
innych, będzie co rok zmieniał wóz, bez względu na wszystko. Ot styl życia.

Antropomorfizm,
czyli babskie analogie w doborze auta i faceta.

Jak poznać kobitkę po aucie?
Nie patrzcie – czym jeździ, zapytajcie ją – czym chciałaby. Nie, niech
Wam nie wymienia marki ani modelu. Niech opowie.
Mnie już nie pytajcie, o proszę:
Auto musi być wizualnie w typie sportowej elegancji, ma być silne, duże, o
znacznej strefie zgniotu, czyli bardzo bezpieczne. Łagodne, ale i ogromnie
drapieżne, gdy przycisnę, aż niebezpieczne w tym. Szybkie przyspieszenie i
ostra jazda, na co dzień cichy pomruk w korkach. Musi być wyciszone
i ciemne w środku i mieć szyber, abym mogła wpuszczać tam ogrom
światła.
O reszcie nie wspomnę, ale wspomnę  o sympatii do ciągników. Mimo
wszystkich bajerów, elektryki, skóry, klimy, otwieranego z pilota
bagażnika, to nie ma to jak dosiąść Ursusa bez wspomagania i hamulca.
Wyzwanie dla fascynatów motoryzacji – czym jeżdżę? ;)

Inna korelacja – są kobiety, które wskakują do byle jakiego auta, byleby
jechać. Istnieją i takie, które wybierają pół roku. Na obydwa typy niewiast
warto trafić. W pierwszym przypadku przygoda i szaleństwo, ale bez euforii, w
końcu znajdzie baba usterki, że rdza nadgryzła, że skręca za bardzo na lewo, że
drążek już nie w tym miejscu…
W drugim przypadku, auto dobrze będzie obejrzane, wszystko przemyślane,
zaangażowana masa ekspertów i wsparcie psychologiczne przed kupnem. Sucha
beznamiętna analiza, lecz nagle pani taka wsiada za kierownicę i wiedząc już
wszystko, naciśnie gaz do dechy, będzie rozkoszować się wnętrzem, rozpozna na
słuch, że trzeba wymienić gumę na stabilizatorze, nie będzie zaskoczona, że
akumulator już słabszy…

Animalizacja, czyli dlaczego porównujemy auta do zwierząt.
Korzenie naszych konotacji sięgają daleko, zwykle łatwiej przyswoić nowość,
odwołując się do znanych wartości. Łatwiej jest się nie przelęknąć,
prościej przekonać niezdecydowanych.
Nie chodzi wyłącznie o nazewnictwo; Jaguar, Seat w modelu Lion, lwa wziął i
Peugot za symbol, nasz rodzimy Żuk zapewne skupił się na sile, stylistyka BMW
przypomina rekina, etc.. Przyjrzyjcie się reflektorom różnych aut, są zwykłe,
są drapieżne, są wybałuszone jak u żaby, przymrużone, zapadnięte. Dlaczego
mówimy „nie, to auto mi się nie podoba?”. „Nie no coś Ty, ten wóz w ogóle nie ma dupy,
dlaczego jest taki ścięty?”

Dalej myślicie, że pytanie o ulubione zwierzę jest naiwne?
Gdy będziecie pytać swą wybrankę o auto, nie przeliczajcie jego wartości na złoto, popatrzcie dalej :)